W nocy z 22 na 23 lutego już spaliśmy, nagle ktoś pod oknem krzyczy: Marysiu śpicie, bo nasze już pomordowane. Wtedy ja i moi rodzice pozrywa­liśmy się, włożyłam buty, bo w ubraniu zawsze spaliśmy, wybiegłam na dwór tylko w sukience, do głowy mi nie przyszło, żeby się cieplej ubrać, a zima była sroga. Wróciłam jednak, włożyłam męża futro i ciepłą chustkę na głowę, pobiegliśmy wszyscy do sąsiada Kornelka. Tam już było więcej ludzi, bo ten co nas obudził to był Władek Korylczuk. Jak ta banda wpadła do niego to on jakoś się wymknął i uciekł tylko w koszuli, leciał przez całą wioskę i krzyczał: ludzie uciekajcie, bo moja rodzina już wymordowana. Ci, którzy usłyszeli to zebrali się na podwórzu u Kornelka i krzyczeli – „alarm”. Jak przestaliśmy krzy­czeć to usłyszeliśmy, że ta banda u Jaworskiego Kuby wybijała szy­by i łamała drzwi, a oni wszyscy krzyczeli na strychu. Wtedy uciek­liśmy do murowanych obór, jedni do Wiśniowskiego Stasia, drudzy do Mikołaja Sesiuka. Ja wyszłam z obory Wiśniowskiego i uciekłam do Sesiuka. Spotykam Franka Wiśniowskiego, który mówi, że jego żona i dziecko już zamordowane. Patrzymy a na ulicy aż szaro od tych bandytów. Wróciłam do obory i powiedziałam – uciekajcie gdzie kto może i tak rozlecieliśmy się, każdy w swoją stronę. Ja nie wie­działam gdzie są rodzice, a oni nie wiedzieli co ze mną się dzieje. Była ostra zima, śniegu po pas i ja tym śniegiem przez sady i płoty uciekałam w ulicę Ziółkowskiego. Upadłam na kupę drzewa. Myślę sobie, niech mnie już tu zabiją. Dalej nie mogłam iść. Byłam bardzo zmęczona, ale jakoś trochę odpoczęłam i przez ogród Sokołowskie­go do Leszczyny przybiegłam ledwie żywa, bo byłam wtedy w ciąży. Na szczęście Ludwiśka i Stach Wiśniowski też uciekali, wzięli mnie za rękę, wyciągnęli z rowu do lasu. W lesie też nie było gdzie się schować, bo jak podpalili polskie gospodarstwa to w Leszczynie można było igłę znaleźć. Uciekaliśmy dalej przez pola na Popowę do lasu. Tam już byli Ziółkowscy i ksiądz Jan Mądrzak, było też dużo lu­dzi z Berezowicy w tym lesie. Siedzieliśmy tu do rana, sukienka na mnie była po pas zamarznięta i gdy wracałam do domu na szosie koło cmentarza spotkałam Niemców, którzy jechali na Korczunek. Zatrzymali mnie i pytają skąd idę. Mówię im, że idę z lasu, do które­go uciekłam, bo w naszej wiosce mordowali bandyci. Oni już wiedzie­li i widzieli ten Oświęcim, bo ludzie leżeli pobite na drogach i podwórkach. Ponad sto osób było zamordowanych w różny sposób, po prostu porżniętych. W stajni Mikołaja Sesiuka zabito ponad 25 osób, a potem zapalono przyniesioną słomę. Maryśka Dżygała też była w tej oborze, ale jak ich strzelali to jakoś w nią nie trafili tylko w dziecko, które trzymała na rękach. Upadła razem z dzieckiem, później wstała, przeszła przez ten dym i ogień, zobaczyła, że ich już nie ma na podwórku to uciekła za stodołę, a następnie przez te śnie­gi uciekła do lasu. Całe szczęście, że mieliśmy las blisko. Rodzina Kwaśnickich schowała się do murowanego spichrza, to ich tam spa­lono na węgiełki, a Antoszka Kwaśnickiego, który pilnował na podwórzu złapali i podobno w straszny sposób go mordowali, bo lu­dzie, którzy byli w stajni u sąsiada wszystko słyszeli, jego krzyki i la­menty, tak go męczyli. Tak samo mordowali resztę ludzi – palono, rżnięto i rąbano. Moja koleżanka Sowińska Anna miała dwutygodnio­we dziecko to ją zabili a dziecku wbili sztylet w głowę. Szewczuka porąbali w kawałki. Jak go rąbali to całe ściany były pokrwawione. W różny sposób mordowano. Jak wróciliśmy rano z lasu to tak wyglądało jak Oświęcim, to był płacz i zgrzytanie zębów. Popalone trupy pozbierano do prześcieradła, włożono do paczki i tak pochowa­no. Ksiądz powiedział, żeby pochować do jednego grobowca to będzie pamiątka. Ci, którzy zostali pobici zostali pochowani w naprędce zrobionych trumnach. A jeszcze ci napiszę, że starą Hry- cajkę zarżnęli kosą czy nożem. Wiem tylko, że nie została zabita tyl­ko zarżnięta. Taka była tragedia w Berezowicy Małej”.

Następnie autorka opisuje, że zaraz wyjechała do męża do Tarno­pola, a gdy mu to opowiedziała – nie mógł uwierzyć. Po okrążeniu miasta przez Armię Czerwoną zostali ewakuowani przez Niemców do Chodaczkowa na pięć tygodni. Wycofujący się Niemcy spalili wieś i zabili dziesięciu chłopów. Po zajęciu Tarnopola przez Rosjan, wróci­li do Berezowicy bez niczego, bo wszystko, co z domu zabrali wy­jeżdżając, po drodze stracili. Żywność spaliła się w Tarnopolu, a reszta rzeczy została w Chodaczkowie. Powrót był niebezpieczny, bo Niemcy ciągle bombardowali. Po drodze spotkali księdza Mędrza­ka, który częstował dzieci żytnimi plackami pieczonymi na blasze. Zatrzymali samochód wojskowy, który ich przywiózł do domu. Z do­mu autorka udała się do Związku Radzieckiego do męża, który już w Chodaczkowie został zmobilizowany do Wojska Polskiego. Było to ostatnie spotkanie, gdyż mąż autorki Władysław Kozibroda zginął pod Berlinem, już po kapitulacji Niemców. Po powrocie została ewa­kuowana pod Zbaraż do Czarnego Lasu na pięć tygodni, gdyż Bere- zowica była na linii frontu. Gdy latem front przesunął się na zachód znowu zaczęły działać bandy i już od jesiennych wykopków nie spali w domach tylko chowali się w lesie. Wieczorem, w drodze do kryjówki, zostały z mamą złapane przez bandytów. Zapytali, kto jes­teście i jak się nazywacie. Powiedziały zgodnie z prawdą. Trzymali je pod automatami i zawołali kogoś kto to potwierdził. To był chyba swój, „puścili nas ale złapali ojca, którego też wypuścili”. Kogoś prowadzą, a on tak prosi, błaga. To był Franek Kubów, którego zaprowadzili do Mateu­sza, tam na drodze go udusili. Przyciągnęli do bzu i na bandażu go powiesili na krzaku bzu. A my ze strachu uciekliśmy do lasu i gdy ra­no wróciłam z lasu to wszystko widziałam. Wtedy nie było żadnej ro­boty ni jedzenia, nic się nie chciało. W dalszym ciągu chowaliśmy się w nocy aż do połowy grudnia. Rano, 14 grudnia przyszli do nas ban­dyci i zabrali ojca z chałupy do stajni i tam zabili między końmi i sołtysa też zabili. To było dwóch męczenników Piotr i Paweł, bo sołtys nazywał się Piotr a ojciec Paweł. Ludzie wtedy mówili, że już nie da rady, bo jak zabili Piotra i Pawła to już trzeba uciekać. I uciekliśmy do Tarnopola. Tu już była polska delegacja. Wyrobili nam karty ewakuacyjne i wyjechaliśmy na zachód.

Maria Kozibroda z Wiśniowskich w: Władysław Kubów Polacy i Ukraińcy w Berezowicy Małej koło Zbaraża Warszawa 1992