Od jesieni 1943 roku co nocy pilnowaliśmy się wszyscy Polacy, dopóki nie zbliżył się front i kopanie okopów. Gdy zaczęli ludzie chodzić do okopów to przestali się pilnować, bo każdy był zmęczony. Wieczorem szykowali sobie twierdze, a nasze Ukraińce tylko na to patrzyli, jak my kamienie i cegły nosili. Taką twierdzę zrobili w naszej ulicy u sąsiada, a był nim Franek Tomków. Miał on dom nowowybudowany (z twardego dzikiego kamienia), dach był tymczasowy ze słomy, okna w jednym pokoju zamurowaliśmy, w drzwiach wyjściowych od sufitu do betonu daliśmy w poprzek deski, takie rygle i myśleliśmy, że do tej twierdzy nikt się nie dostanie. Miała się tu skryć cała ulica – kilkanaście rodzin, tylko niestety nie zdążyli. Wpuścili nas pięcioro i brata Franka z żoną. Gdy usłyszeliśmy strzelaninę, to prosiliśmy ojca żeby wyszedł na dwór i zobaczył dlaczego ten pies tak szczeka. Zmęczony okopami i śpiący ojciec zerwał się, wyszedł na drogę i usłyszał alarm… To był Władek Korylczuk, leciał przez wioskę i tak krzyczał. Przybiegł ojciec i zastanawiamy się co robić, gdzie uciekać. Lecimy przez drogę do tej twierdzy a za nami brat Franka z żoną (Franią), zaryglowaliśmy te drzwi, patrzymy przez okno a na ulicy ruch i sańmi i pieszo (banda). Trzęsiemy się nie tak z zimna jak ze strachu. Wszyscy radzimy czy siedzieć w twierdzy, czy uciekać na strych, więc płacząc włazimy na strych i wyciągamy za sobą drabinę. Matka Franka Tomków była Uk­rainką i ojczym też, więc nie uciekali z nami. Franek z żoną i dziec­kiem, jego brat z żoną i nas pięcioro znaleźliśmy się na strychu. Tyl­ko zdążyliśmy uciec, a oni już pod drzwiami stukają i krzyczą chadziaj otworij. A ci starzy mówią, że tu nikogo nie ma tylko nas dwoje starych Ukraińców, a oni mówią to otwórzcie my wam nic nie zrobimy, ale starzy trzęśli się ze strachu i nie otworzyli. Oni wtenczas siekierami jak zaczęli rąbać to huk szedł na całą wioskę. My na tym strychu ze strachu mało nie poumierali. Naraz słyszymy już są w ko­rytarzu i do nich mówią gdzie ta reszta się pochowała, a oni im na to – pouciekali. Za parę dni stara przyznała się, że ze strachu pokazała ręką do góry, chociaż oni i tak wiedzieli, że my na strychu. Po chwili słyszymy ciągną skrzynię do korytarza. Stanęło ich kilku na niej i krzyczą do nas złazij, złazij. Dużo razy tak krzyczeli. A jeden mówi niechaj siedzą, my ich zaraz podżarymy. Głowy jednak żaden nie po­kazał, tylko było widać ich ręce, a w rękach zaświecone latarki. Nikt z nas się nie odezwał, tylko każdy głowę skrył pod siebie, bo nie było nigdzie za co się schować, taki był strych pusty. Oni dzielili się na trzy grupy, a więc pierwsza grupa jak wpadła to kogo zastała w mieszkaniu to mordowała, chyba że ktoś uciekał to go zabili (bo szkoda było kuli). Druga grupa to byli rabusie. Były nawet kobiety, które popraną i zamarzniętą bieliznę zabierały. Trzecia grupa podle­wała benzyną i podpalała.

My na tym strychu czekaliśmy kiedy będzie dzień. Jakiś czas była cisza i w tym czasie ta stara weszła na tę skrzynię i prosiła syna, że­by ją wziął do siebie i syn podał jej rękę i wylazła do nas. I kiedy ci mordercy odeszli i poszli dalej, to drudzy zaczęli rabować, a kilku strażników pozostało i naokoło tego domu pilnowali czy ktoś nie będzie uciekał, i właśnie ten Franek Tomków zrobił w dachu dziurę i wyskoczył i zaraz go zabili. Jak mieli wyjeżdżać to słyszeliśmy krzy­ki – żaryty, żaryty. Tę twierdzę jak mieli podpalić to stali jeden przy drugim z karabinami czy nie będzie ktoś uciekał, tak twierdziła później nasza sąsiadka. My na tym strychu jużeśmy powstawali, bo było się widać od ognia i coraz lepiej ogień dostawał się do środka. Moja mama krzyknęła – ludzie my już się palimy i gdzie uciekać. Więc ojciec zeskoczył na tę skrzynię co stała w korytarzu i wszyst­kich po jednemu ściągał, a było nas jedenaście osób. Siostra Józia bała się bardzo ognia, ojciec ją pierwszą ściągnął. Jak ona zoba­czyła, że drzwi i te rygle się palą, to bardzo krzyczała, a my ją uci­szali, bo jeszcze przyjdą, ale oni chyba nie słyszeli tego krzyku, bo cały dom się palił i wszystko trzeszczało. A nam się wtenczas przy­dała ta twierdza, bo wszyscy poszliśmy do niej, tylko było bardzo dużo dymu, więc my się tak dusili w tym dymie, wszyscy się dusili, a siostra Frania bez przerwy stękała, że się dusi, a mama do niej – weź się tak przytul, a w końcu sama mówi – dzieci ja już się duszę, a ja krzyknęłam – mamo macie obrazek – i jeszcze dwa słowa mama powiedziała i już się udusiła. Ten obrazek to była Matka Boska Częstochowska. Ona nas wszystkich uratowała, kto tylko przy niej był. Po pewnym czasie słyszymy głos starego, jak żyjecie to wy­chodźcie bo już odjechali. Więc my wszyscy jedno za drugim, przez ten ogień i na dwór, a było bardzo dużo śniegu. Wtedy ojciec pyta się – a gdzie mama i Frania – a ja mówię, chyba tam zostali, i wtedy oj­ciec jeszcze raz w ten ogień wskoczył i wyciągnął mamę nieżywą i poleciał jeszcze raz po Franię i wyciągnął też nieżywą. A ja gdy zo­baczyłam nieżywych to bardzo krzyczałam, a sąsiedzi co byli na stry­chach mówili, że mnie mordują, że ja tak krzyczę, ale krzyk nic nie pomagał, tylko wzięłam z ojcem siostrę, bo w siostrze jeszcze coś charczało w środku i zanieśliśmy do sąsiadów Szmyglów. A oni py­tają co im jest. Oni myśleli, że są pobici, a my mówimy, że są w dy­mie poduszone. Więc ta stara Ukrainka powiedziała – jak w dymie to ratować i przyniosła wiadro wody i jakoś usta otworzyliśmy i zaczęliśmy lać wodę do środka i po chwili krzyknęli (mama) – ja już wody nie chcę – i tak obie przyszły do przytomności. Wtedy dopiero zabrali do mieszkania i ta stara poleciała i przyniosła wódki, to jak wypili po pół szklanki wódki wtenczas zaczęły obie wymiotować ten dym z siebie, to cały pokój było dymu aż drzwi i okna otwierali. Później mama zaczęła krzyczeć, że zmarzła w nogi, a światła w mieszkaniu nie można było zaświecić, tylko tyle co od ognia było blasku, więc ta stara poleciała do kuchni i przyniosła soli i my tak na pociemku zaczęli trzeć po nogach, a mama jeszcze więcej krzyczy, że jej zimno. Rano patrzymy się do tych nóg, a tam całe nogi tylko jedna rana, bo to były poparzone, bo jak ojciec ciągnął przez ten ogień to buty z nóg zleciały. Więc później mama pół roku nie wstawała z łóżka. Na tym chcę zakończyć to nasze przeżycie.

Ignacy i Anna Walczyszyn w: Władysław Kubów Polacy i Ukraińcy w Berezowicy Małej koło Zbaraża Warszawa 1992