22 lutego pamiętnej nocy zaczął się mord w Berezowicy Małej. Zaczął się mord na chu­torach od domu Korylczuka. W straszny sposób została wymordowa­na jego rodzina i tylko on sam się uratował. Jego trzyletniego synka nadziano na bagnet i mimo płaczu i krzyku dziecka śmiali się i wy­machując bagnetem mówili, że to jest polski orzeł. Korylczuk w kale­sonach i koszuli biegł do wioski, a Ukraińcy zobaczywszy, że Korylczuk ucieka puścili się za nim w pogoń i zaczęli strzelać, lecz żadna kula go nie trafiła. Przybiegłszy do wioski zaczął krzyczeć, żeby lu­dzie się ratowali, bo już zaczynają mordować. Gdyśmy usłyszeli krzyk to uciekaliśmy z jeszcze jedną rodziną na strych. Sąsiedzi też chcieli się do nas schować, lecz już nie było miejsca – poszli więc do stajni Sesiuka. Gdy Ukraińcy dowiedzieli się, że w stajni jest dużo lu­dzi, poszli tam i wyrąbawszy drzwi, pomordowali ich, wrzucili parę wiązek słomy polanej benzyną i podpalili ją. Tylko czterech ludzi ura­towało się, wyskoczyli oni ze strychu osmoleni i opaleni.

Jak się wioska zaczęła palić to uciekliśmy do lasu, w lesie przesie­dzieliśmy do rana w śniegu, a nad ranem gdyśmy przyszli do wioski oczom naszym ukazał się straszny widok – spalone domy i trupy ludzi porozrzucanych po drodze. Po tej strasznej nocy, w której zginęło bardzo dużo ludzi wyjeżdżaliśmy na noc do wioski Gontowy. Gdy Gontowa była zagrożona przez bandę uciekliśmy do Tarnopola. Kry­liśmy się tam u swoich krewnych parę dni. Później musieliśmy ucie­kać pod obstrzałem artyleryjskim na drugi koniec miasta. Skryliśmy się w piwnicach, w których przesiedzieliśmy siedem tygodni. Gdy sie­dzieliśmy w piwnicy przyszedł podoficer rosyjski i powiedział, że te­raz będzie parę dni spokoju i kto chce żyć ma opuścić piwnicę. Posz­liśmy więc do domu, było to wiosną. Znowu za miesiąc musieliśmy opuścić swój dom, gdyż nas ewakuowano do wsi Opryłowce. Dopiero po trzech miesiącach wróciliśmy do domu, lecz w domu nie zazna­liśmy żadnego spokoju, nie spaliśmy w domu, gdyż jeszcze graso­wała banda. Pierwszego listopada banda napadła na Gontowę, tylko ten ochronił swe życie kto uciekł z wioski. Po spaleniu Gontowa przedstawiała straszny widok.

W Berezowicy resztki Polaków, którzy zostali we wiosce byli zag­rożeni przez miejscowych Ukraińców. Ukraińcy mówili, że jeżeli lu­dzie nie opuszczą w oznaczonym terminie wsi to ich wszystkich wy­mordują.

Na nasz dom napadli 18 grudnia 1944 roku. Kilka wozów zajechało na podwórze i po rabunku wyciągnęli z łóżka chorego ojca, którego w straszny sposób w stajni między końmi zamordowano. Na drzwiach napisano, że jeżeli się natychmiast nie wyprowadzimy to taką samą śmiercią zginiemy jak ojciec. Po pogrzebaniu ojca posz­liśmy do Ihrowicy, w której zaczynano mord. Było to na samą Wigilię Bożego Narodzenia. Gdy doczekaliśmy do rana pojechaliśmy do Tar­nopola. W Tarnopolu był Komitet Opiekuńczy, który wywoził ludzi w bezpieczne miejsca Polski. Jechaliśmy towarowym transportem nie wiedząc gdzie. Przyjechaliśmy do Chełma dopiero 27 stycznia, zmarznięci i głodni, potem zawieziono nas na wioskę”.

Wojciech Ziółkowski pisze, że dobrze by było to wszystko opisać, żeby nasze dzieci i wnuki dowiedziały się co tam się działo na tere­nach wschodnich. Roześle mój apel do ludzi z Berezowicy, żeby opi­sali jak w ich rodzinach mordowano. „Od nas z Gumienic – napisze Kwaśnicki, nasz obecny sąsiad, on ma dużo do napisania, bo całą jego rodzinę wymordowali. Dam znać do Zalesia i do cioci Antosi do Chachalni, też ma co pisać, bo zamordowali jej męża. W Ihrowicy było mordowanie na Boże Narodzenie 1944 roku, zamordowali księdza, jego matkę, siostrę. Tam zamordowali naszą ciocię Franię. Byli tam ludzie z Berezowicy, bo uciekali do Tarnopola – też czterech zamordowano.

Antonina i Stanisława Kubów w: Władysław Kubów Polacy i Ukraińcy w Berezowicy Małej koło Zbaraża Warszawa 1992